top_banner

Rozdział 5.

Pod zaborami u schyłku feudalizmu.

str. 5

Porozumienie ostatecznie zawarto dopiero w 1835 roku, kończąc tym samym blisko „trzystuletnią wojnę” o łąki na lewym brzegu Prosny. Główną sprawczynią tego konfliktu była od wieków nieobliczalna i kapryśna Prosna, która niekiedy występowała z brzegów i zalewała nadbrzeżne łąki, a czasem po ustąpieniu wód powstawało nowe koryto albo pokazywał się jakiś nowy ciek wodny.  Jeden z nich znajdujący się tuż na skraju „Kluczowa”, równolegle do Prosny, w Wójcinie nazywany był „Niemiecką Rzeką” albo „Niemiecką Prosną”. Za właściwą granicę uważali wójcinianie tamtą drugą rzekę i stąd taka determinacja w tej walce o „swoje”. Takie napięcia na granicy pojawiały się tylko czasami i to na ogół w sezonie koszenia trawy, bo poza tym odbywała się normalna, sąsiedzka wymiana przygraniczna. Ks. Patykiewicz, opisując dochody proboszcza wójcińskiego, wymienia też taką pozycję:

„ za łąki odpadłe do Prus wypłacała dziedziczka 11 rb 16 kopiejek dla proboszcza i dla włościan proboszczowskich 2 rb 79 kop”.
 Jak widać w porozumieniu granicznym z 1835 roku interesy niektórych mieszkańców Wójcina zostały jednak uwzględnione i otrzymywali oni coroczne odszkodowanie zgodnie z zawartą umową. Notatka ta rzuca też nowe światło na „wojnę trzystuletnią” między Byczyną a Wójcinem o łąki nad Prosną. Możliwe, że zachęty do tych akcji szły od strony dworu i plebanii, ponieważ to dwór i proboszcz byli z pewnością właścicielami spornych łąk nad rzeką, a niektórzy wieśniacy, co najwyżej ich użytkownikami. Trudno sobie bowiem wyobrazić, żeby włościanie gromadnie i samorzutnie porzucali prace pańszczyźniane i bez poparcia zwierzchności i jej błogosławieństwa, we własnym tylko interesie, szturmowali drugą stronę Prosny.

W tym czasie, kiedy zawierano wspomniane porozumienie z Byczyną, proboszczem parafii wójcińskiej był już od dawna ksiądz Mateusz Lisiecki, który przybył do Wójcina już jako dziekan dekanatu wieruszowskiego i rozpoczął najdłuższą kadencję duszpasterską w historii parafii wójcińskiej (1811 – 1846). To on doprowadził w 1811 roku do utworzenia nowego cmentarza grzebalnego na północ od osiedla wójcińskiego, w kierunku na Bolesławiec. To samo zrobiono w tym roku w Żdżarach i w całym dekanacie wieruszowskim (Pat 13). Stary cmentarz pozostał jeszcze jakiś czas przy kościele i „umierał” tam śmiercią naturalną. W 1833 roku słyszymy, że na jego terenie znajdowała się jeszcze drewniana dzwonnica, a nagrobki niektórych proboszczów wójcińskich i ich krewnych jeszcze po drugiej wojnie światowej widać było z tyłu kościoła, od strony plebanii.

Ksiądz Lisiecki w 1833 roku doprowadził do budowy trzeciego z kolei kościoła w Wójcinie na koszt rządu i parafii. Poprzedni kościół był jeszcze na wpół drewniany i już mocno podniszczony, nie pomogły mu więc na długo remonty, jakie proboszcz przeprowadził siedem lat wcześniej. Nowy kościół był już całkowicie murowany, ale drewniana dzwonnica pozostała. Budowa tego kościoła postępowała w iście rekordowym tempie, „ nabożeństwo tymczasowo odprawiało się w specjalnej kaplicy, na cmentarzu obok wystawionej”, a parafianie wysłuchiwali mszy pod gołym niebem (Pat 10). Ponieważ w końcu 1833 roku kościół murowany miał już sufit, obrzucone ściany i okna oszklone – więc parafianie zwrócili się do władz kościelnych z prośbą, aby na zimę już nabożeństwa mogły odbywać się pod dachem, aby uniknąć kaprysów i uciążliwości pogody zimowej (Wój 1). Według opisu z 1847 roku kościół poświęcony został ponownie św. Katarzynie, ale od XVIII stulecia zaczął pojawiać się dodatkowo także tytuł św. Walentego (Pat), w związku z czym odbywały się w Wójcinie już dwa odpusty: św. Katarzyny 25 listopada i św. Walentego 14 lutego (Pat 12).

W czasie budowy nowego kościoła i całego zamieszania, jakie temu towarzyszyło, doszło do dziwnego incydentu: oto w nocy z 15 na 16 sierpnia 1833 roku - kilku mieszkańców Żdżar wywiozło jeden z dzwonów, które znajdowały się na dwóch słupkach i pod daszkiem przy kościele w Wójcinie. W ten sposób doszło do eskalacji konfliktu, jaki nabrzmiewał już od dwóch lat między proboszczem a parafianami w Żdżarach. Sprawa zaczęła się od tego, że w czasie powstania listopadowego rząd powstańczy nakazał proboszczom, aby nadesłali do Arsenału wszystkie dzwony „uszkodzone i zbyteczne”, które miały zostać przetopione tam na armaty. Ksiądz Lisiecki skorzystał wtedy z okazji i wysłał pęknięty dzwon z Wójcina i aby nie było tak, że w kościele parafialnym jest aktualnie jeden dzwon, a w jego filii są aż dwa dzwony – kazał przewieźć jeden z nich ze Żdżar do Wójcina. Tłumaczył to później także tym, że obawiał się, iż jeden z dwóch dzwonów małego kościoła filialnego mógł zostać wtedy zarekwirowany, jako „zbyteczny”. W rok później, już po stłumieniu powstania, w czasie nabożeństwa w Żdżarach, kiedy prowadzący je kapelan zwrócił się do wiernych z apelem o zbiórkę pieniędzy na remont tamtejszego kościoła - doszło do głośnych i szyderczych uwag ze strony jednego z mieszkańców tej wsi.

Mapa okolicy Wójcina
5. Kartograficzna Karta Królestwa Polskiego, 1822-1843, fragmenty (JMD 183)

Zaalarmowane władze cywilne i kościelne zastanawiały się nad tym, w jaki sposób zuchwalca ukarać, ale proboszcz zdecydował się wybaczyć winowajcy. We wspomnianą noc sierpniową, po przywiezieniu skradzionego dzwonu do Żdżar, sprawcy postawili swą zdobycz na cmentarnych marach i w środku nocy uderzyli triumfalnie w ten dzwon, budząc całą wieś. Następnie zabrali klucz od świątyni miejscowemu kościelnemu i nie chcieli go zwrócić mimo żądań proboszcza.

 Żadne naciski nie potrafiły skłonić tamtejszych parafian do odwiezienia dzwonu z powrotem. W ruch ruszyły pisma ze strony proboszcza, a chłopi ze Żdżar też nie byli mu dłużni i wynajmowali sobie jakichś pokątnych pisarzy, którzy redagowali im pisma do różnych władz cywilnych, wojskowych i kościelnych. Nie pomogła interwencja 2 żandarmów wysłanych przez komisarza obwodu wieluńskiego ani wysłanie do wsi 15 kozaków, którzy mieli się codziennie zaopatrywać tam w furaż i w żywność. Kozacy robili to tak skwapliwie i brutalnie, że żdżarzanie skarżyli się, iż pleban chyba pragnie z zemsty zniszczyć całą wieś. Odbyła się też na miejscu w Żdżarach publiczna rozprawa, w której ksiądz Lisiecki przy pomocy dokumentów i naocznych świadków starał się udowadniać, że sporny dzwon był zawsze własnością kościoła wójcińskiego, a tylko został „wypożyczony” do Żdżar przez księdza Jezierskiego, który doprowadził do wybudowania tam kościoła w roku 1768. Na tę okoliczność sprowadzono nawet z Wójcina w charakterze świadków dwóch starców, którzy złożyli zaprzysiężone zeznania, że tak właśnie było. Jednym z tych świadków był Wincenty Wypych mający lat 80 (ur.1753 r.), a drugim - Maciej Stasiak, lat 78 (ur.1755 r.). Żdżarzanie tymczasem trwali w swym uporze i twierdzili, że ów dzwon był odwieczną własnością ich kościoła, a został im on „podarowany przez samego św. Bartłomieja” (!). Ponieważ obrażony proboszcz zaprzestał odprawiać msze w Żdżarach, chłopi tamtejsi podpuszczani przez pismaków zaczęli domagać się odebrania mu 2 łanów ziemi przypisanych do tamtejszego kościoła i zaprzestania ściągania od nich tzw. „mesznego”, a nawet zażądali zwrotu przez księdza zebranych niedawno pieniędzy na budowę ogrodzenia cmentarnego - i to z procentami (!). 

 

Copyright © by Andrzej Głąb Wójcin 2009 - 2021.
Strona wykorzystuje pliki cockies do monitorowania i obsługi więcej