top_banner

Rozdział 4.

Kryzys i upadek Rzeczypospolitej (XVIII w.)

str. 2

Czasy saskie w Polsce (1697-1763) uchodzą za okres największego upadku wszystkich dziedzin życia, zacofania, konserwatyzmu, wiary w zabobony i gusła oraz niechęci do poważniejszego wysiłku umysłowego. Popatrzmy jak to wyglądało na wsi polskiej w opracowaniu wybitnego etnografa i socjologa, wielkiego znawcy kultury ludowej, J. S. Bystronia (Bys).

Zabawa
 16.  Zabawa w karczmie wiejskiej (Bibl.)


     Z braku oświaty i dostępu do słowa pisanego, „zamknięcia” we wsi, kultura ludu oparta była o
 tradycję i stare zwyczaje przenoszone z ust do ust, z pokolenia na pokolenie - tak przenoszono treści dotyczące techniki, życia społecznego czy umysłowego.
Takie wsie jak Wójcin były niepiśmienne i rzadko tylko jakieś jednostki umiały tam czytać i pisać, chociaż Wójcin i tak był w sytuacji poniekąd uprzywilejowanej, ponieważ istniała tam szkoła parafialna. Gdzie indziej było gorzej pod tym względem, ponieważ na ogół właściciele wsi uważali, że „chłop jest do cepa” i żadnej innej wiedzy nie potrzebuje.
 Kultura ludu pozbawionego przez całe wieki nauki była ograniczona głównie do tradycji i niechętna nowościom. Uważano, że to, co stare było dobre, nowe zaś niepotrzebne, zwłaszcza ludzie starszego pokolenia tak uważali - „bo tak robili nasi ojcowie”. Ale czas nieubłaganie, choć bardzo wolno, wprowadzał ciągle coś nowego do życia tej przypisanej do ziemi społeczności. Kazania w kościele pouczały jak się zachowywać, przytaczały przykłady z autorów starożytnych i kościelnych pisarzy, opowiadały o świecie nadnaturalnym i czasem ukazywały jakieś przykłady historyczne. Poza tym szerzono znajomość pieśni kościelnych i przedstawiane bywały misteria pasyjne. Lud przekształcał to wszystko na swój sposób, dostosowując do swoich możliwości i upodobań, co powodowało, że wiele z tego zmienione było nie do poznania. W ludowych baśniach i podaniach występowały często motywy, którymi posługiwali się pisarze kościelni, niejedna melodia ludowa wywodziła się także z muzyki kościelnej. Tam gdzie był nauczyciel – to on stawał się miejscowym autorytetem, bo był bardziej przystępny niż pleban. Wypytywano go, więc o różne rzeczy i radzono się w różnych sprawach życiowych.
      Czynnikiem rozwoju kultury na wsi był też pośrednio dwór, rodzina pańska, oficjaliści, a nawet służba dworska, bo wszyscy oni stanowili jakieś tam wzorce w różnych dziedzinach. Naśladownictwo form płynących z dworu - uważanych „za lepsze” - było celem ambicji młodego pokolenia. Ale wpływy zewnętrzne nie płynęły tylko z plebani i z dworu, bo chłopi chodzili na jarmarki do najbliższego miasteczka i na odpusty, co oprócz treści religijnych dawało też okazję do rozrywki i pogawędki z sąsiadami. W Wójcinie odbywały się odpustowe nabożeństwa ku czci patronki parafii św. Katarzyny (25.11), a w pierwszej połowie XVIII wieku doszedł jeszcze, jako patron św. Walenty (14.02) i na pewno wieś odwiedzali wtedy wierni z Łubnic, Chróścina, Bolesławca, Radostowa, nie mówiąc już o miejscowych parafianach. Wójcinianie zaś z rewizytą wybierali się na odpusty do tamtych miejscowości, a do Wójcina, jako wsi parafialnej przychodzili na msze sąsiedzi z Goli, Żdżar, Wiewiórki, Ladomierza i wszyscy słuchali tych samych kazań, podlegali temu samemu proboszczowi i staroście.  
     Ludzie wędrowni krążący od wsi do wsi także roznosili nowe wiadomości i formowali opinie. Taki „dziad-żebrak”, należał do najważniejszych tego typu wędrowców (BysI 250). Pod tą nazwą krył się różnoraki element: wykolejeńcy z miast; gospodarze, którzy zdali gospodarstwa swym dzieciom i sami szli na wędrówkę; mistycy, marzyciele i kalecy; niekiedy nawet osoby artystycznie uzdolnione i wykształcone. „Dziad” był jakby sługą kościelnym, który niejedną pielgrzymkę odbył, dużo wiedział o rzeczach świętych, znał skuteczne modlitwy, opowiadał legendy z morałem, śpiewał pieśni religijne i czasem też takie o treści swawolnej. Chodziły też „baby” wędrowne o podobnym zakresie działalności i zajmowały się głównie środowiskiem kobiet, imponując wiedzą „lekarską”, zwłaszcza położniczą. Czasem potrafiły też uroki zadać lub zażegnywać, odegnać opętanie, bezpłodność, skłonić do miłości osobę upragnioną. „Baby i dziady" w swych podróżach nieraz słyszeli o topielcach, co to nieostrożnych podróżnych do wody wciągali i topili, o latawcach – demonach wiatru, o płanetnikach - co w chmurach siedzieli i niepogodę zsyłali. Spotykali na drogach także „śmierć” w postaci kościotrupa z przewiązaną białą chustą i z kosą w ręku, nie brakowało im opowieści o duchach zmarłych, zwłaszcza samobójcach, strzygach, upiorach i wilkołakach.

     Wszystko to zaspokajało psychologiczną potrzebę odczuwania dreszczyku emocji, którą dziś spełniają różne horrory czy thrillery. Osoby takie jak „dziady” i „baby” wędrowne wysiadywały przeważnie przed kościołem, na cmentarzu przykościelnym, przy figurach przydrożnych, w miejscach pielgrzymek, odpustów, jarmarków. Czasami wędrowcy tacy mieli własną organizację z „królem” na czele i określone tereny działania, zdarzało się niekiedy, że ojciec oślepiał swego syna, żeby zaliczono go do „intratnej”, ale zamkniętej organizacji ślepców (BysI 252). 
Ludzie z zewnątrz swymi opowieściami potwierdzali istnienie świata, o którego istnieniu ludzie miejscowi przekonani byli już od dawna. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji jakieś anomalie klimatyczne, susza czy długotrwałe ulewy, mogły odbić się tragicznie na losach miejscowych kobiet, o których wiedziano, że złośliwie „odbierają mleko” krowom lub „zamawiają choroby”, a zasłyszane opowieści o orgiach diabelskich z czarownicami, podniecały nastroje w chwilach niepowodzeń. Niekiedy „czarownicami” były kobiety psychicznie chore, dziwne zachowaniem, a indagowane na sądzie dobrowolnie opowiadały niestworzone historie, przyczyniając się i do własnej śmierci, i do śmierci wskazanych przez siebie innych kobiet „wspólniczek”.
I tak oto w szczytowym okresie europejskiego oświecenia w Doruchowie koło Ostrzeszowa  spalono za czary 11 kobiet.  Nie należy za to obwiniać tamtejszych wieśniaków, ponieważ zdarzało to się także w innych wioskach, a nawet w miastach Rzeczpospolitej, ba, również w Europie zachodniej i w Ameryce. To nie chłopi decydowali o wyrokach śmierci w dominialnych sądach wiejskich, nie oni byli twórcami prawodawstwa, które uwzględniało wymyślne tortury w dochodzeniu do prawdy czy palenie niewinnych kobiet na stosie. To ówcześni właściciele wsi ponoszą za to odpowiedzialność, a należeli oni przecież do ówczesnego stanu uprzywilejowanego, który miał nieskrępowane możliwości kształcenia się i wpływania na rządy w państwie, ale cóż, oni woleli zaczytywać się w książce pod tytułem „Młot na czarownice”, która była bestsellerem jeszcze w końcu XVII wieku.

 

Copyright © by Andrzej Głąb Wójcin 2009 - 2021.
Strona wykorzystuje pliki cockies do monitorowania i obsługi więcej