top_banner

Posłowie. Riposta.

Str. 13

Szkic 25.
O Antepowiczach i ich dawnym majątku.
(s. 153-158)

Są tu 4 przypisy: 3 razy ‘R. Mączka’ i 1 raz ‘Dzieje’

Mamy tutaj do czynienia na początku rozdziału z przeinaczeniem tekstu. Nie napisałem nigdzie, że:


"Tadeusz Antepowicz był w Wójcinie jedynym „obszarnikiem”, który wojnę przeżył w Warszawie, i tam zmarł w 1947 r. (!). [s. 153] "


Wiem, że autor nie posłużył się tutaj cytatem w cudzysłowie, wymagającym dosłownego przytaczania czyjegoś tekstu, ale tekst ten następuje tuż po dwukropku (!), który odgrywa podobną rolę, wyróżniając fragment cudzego tekstu. Sądzę jednak, że nie jest to świadoma próba deprecjacji zawartości fragmentu tekstu lub jej autora.

A prawdziwy jest taki zapis (DW 113):


"W Wójcinie jedynym „obszarnikiem” mógł być wtedy tylko Tadeusz Antepowicz, który mimo parcelacji przedwojennej posiadał jeszcze około 200 ha w Makowszczyźnie."


Trochę inaczej, prawda? I inny wydźwięk.

Wiadomości o majątku na Makowszczyźnie czerpałem głównie właśnie z opracowań J. Maślanki. W książce JMW 129 napisał on, że w czasie okupacji zarządzał tym majątkiem niemiecki zarządca Gowenlok z Wójcina, spełniający funkcję „wiernej ręki” (treuhänder), zaś pomocnikiem jego zostawał Stefan Witak.

Wiadomo, że Polaków, zamieszkałych na ziemiach wcielonych do Rzeszy, o ile nie podpisali Volkslisty, pozbawiano własności, a przekazywano ją niemieckim osadnikom, których w Wójcinie zwano „chaziajami”. Tymczasem na folwarku, czyli majątku Antepowiczów pojawił się wspomniany ‘Treuhänder’, czyli zarządca komisaryczny, a zatem  reprezentujący interesy państwowe. Dlaczego więc, osobnik „z Wójcina” (!), niejaki Gowenlok, miałby być właśnie tym zarządcą komisarycznym na Makowszczyźnie? Czy chodzi tu o Niemca mieszkającego przed wojną w Wójcinie, czy to „z Wójcina” jest błędem, a pochodził on z głębi Rzeszy?

Ów Gowenlok „z Wójcina”, jako Treuhänder, mógł być też tym, którego zadaniem było uczenie „chaziajów” wołyńskich, jak mają uprawiać ziemię, korzystać z maszyn i nawozów, a którego zwano gdzieindziej „Ortsbauerführer”. Pola na wójcińskiej Makowszczyźnie może stały się wtedy takim „wzorcowym” gospodarstwem? Ale to tylko jest  taka spekulacja, a mogło być przecież zupełnie inaczej. 

Pełen różnego rodzaju wątpliwości napisałem więc:


"Jeśli informacje te są ścisłe – to majątek ten miałby status inny niż grunty Wójcina, gdzie Polaków wywłaszczano, a nowymi posiadaczami zostali „Wołynien-Deutsche. "


Może „zarząd  komisaryczny” Makowszczyzny miał tylko trwać na czas wojny, a potem majątek by przekazano albo sprzedano jakiejś osobie prywatnej, a może zostałby własnością Ortsbauerführera, jeśliby ten się „sprawdził” w czasie wojennym? 

Tyle w celu wyjaśnień dla szanownego polemisty, któremu nie spodobało się też określenie „posiadacz”(właściciel) i „inny status”, co wyżej wyjaśniałem.

*
„Za subiektywną” i „sugestywną” uznał pan Jan opinię na temat majątku, poddawanego reformie rolnej i parcelacji. Napisałem, że taki „obszarnik” musiał opuścić wieś i miał do wyboru gospodarstwo pięciohektarowe lub pracę według zaszeregowania szóstej kategorii płac. To przesądziło o losie Tadeusza Antepowicza i jego rodziny.

Niżej jeszcze napisałem, że całkowicie zabierano ziemię Niemcom oraz takim osobom, które ukrywały się przed służbą wojskową, co oznaczało, że nie mogli otrzymać gospodarstwa 5 ha albo państwowego etatu do wyboru.

Nie rozumiem więc, skąd te krytyczne dywagacje o tym, że przecież młodzi Antepowicze byli za młodzi do służby wojskowej, a ich ojciec już był za stary na to, aby uchylać się od niej. Wyjaśniam p. Janowi, że wiem także o tym, że nie byli oni Niemcami.

Za to brawa dla p. Maślanki, że udało mu się dotrzeć do dokumentu informującego o parcelacji majątku na Makowszczyźnie (!), s. 154. Tej bardzo poważnej informacji, odnoszącej się do dziejów Wójcina, właśnie dotąd brakowało:


"Obszar użytków rolnych rozparcelowanego majątku:
ogólny w ha 174,1 ;
przydzielony parcelantom nadany 127,2;
zapas ziemi 46,60;
w czyim posiadaniu zapas ziemi: 36,90 ha – Ref. R., RR 11;
ile gosp. działek przewiduje się do zabudowy razem 11, w tym 11 samodzielnych.
Wniosek: sporządzić plan zabudowy
Uwaga: 11 gosp. mogą być zabudowane na nadanych działkach wzdłuż drogi szer. 12 m;
Zapas ziemi, są to nieużytki rolne – poleśne. Grunty, zabudowa może być obustronna racjonalna.
Dokument powyższy pochodzi z „Pisma Starostwa Wieluńskiego. Referat Rolnictwa z 1948 roku. "


Autorowi nie udało się jednak dotrzeć do źródeł archiwalnych, które pozwalałyby ustalić, czy ziemia przejęta na cele reformy rolnej przypadła parcelantom w takim zakresie, jak wynikać mogłoby z przytoczonego wyżej wykazu. Uważa jednak, że na pewno byli tam dawni pracownicy. Ziemię tą uprawiano indywidualnie aż do 1978 roku, kiedy to powołano Rolniczą Spółdzielnię Produkcyjną i wniesiono do niej przydzielone kiedyś grunty. Tam gdzie znajdowały się kiedyś zabudowania gospodarcze dworu  - zaczęły powstawać działki budowlane nabyte przez zainteresowanych – i pobudowano tam domy mieszkalne.

Początkowo w głównym budynku dworu Antepowiczów zamieszkały 4 rodziny, ale po wybudowaniu sobie własnych domów na terenie podworskim, wyprowadziły się stamtąd. Miejsce, gdzie kiedyś stał dwór oraz część dawnego parku obsiano trawą i ogrodzono. A dzisiaj jest to prywatna własność (s. 156).
Ciśnie się na usta pytanie, dlaczego tak późno dokonano parcelacji ziemi na Makowszczyźnie? W powiecie łęczyckim przecież uporano się z tym problemem już do maja 1945 roku (Internet). A jak zatem wyglądała na Makowszczyźnie sytuacja z uprawą ziem należących do majątku w latach 1945–1948? Przecież chłopi nie patrzyli obojętnie na to, jak pola porastają chwastami i ziemia marnieje, tym bardziej że niektórzy z nich w ogóle jej nie posiadali, i nie mieli innych środków do życia. Nie wygląda na to, żeby dawny dziedzic pracujący w Warszawie w Ministerstwie Skarbu jako inspektor, mógł czy chciał wracać do Wójcina, może nawet nie chciał się przyznawać, że należy do klasy „obszarników”, tak namiętnie zwalczanej przez komunistyczną propagandę. Rozumiał chyba, że sprawa w zasadzie już jest przesądzona. Chyba też nie sterował pracą na majątku przez swoich zaufanych ludzi, czerpiąc z tego jakieś korzyści materialne, choć pozornie mogłoby się zdawać, że taka praca inspektorska w Ministerstwie Skarbu, nawet może by to i ułatwiała.

 Ludzie na Makowszczyźnie musieli przecież z czegoś żyć. Zwłaszcza bezrolni chyba próbowali samorzutnie uprawiać jakieś pola dworskie na swój własny użytek, bez oglądania się na spodziewaną parcelację i było im z tym dobrze. Inni nie chcieli pozostawać w tyle i tak mogła wytworzyć się zmowa milczenia i porozumienia między mieszkańcami wsi. Mogły kształtować się jakieś nieformalne więzi, wytworzyć się mogła jakaś kooperatywa, co nieco później, po trzydziestu latach, z taką łatwością doprowadzi to do utworzenia Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej. Ponieważ nie było nacisku oddolnego - reforma rolna ciągnęła się tam tak ślamazarnie. Zadziwia też to, że po parcelacji miały powstać tam tak duże gospodarstwa, niespotykane w innych częściach starej Polski. Parcelantów było 11, a obszar do podziału wynosił 127,2 ha.  Wypadało więc na jednego - około 11,5 ha (!), a w innych częściach Polski tylko 5 ha lub 5-7 ha. Skoro tak, to ziemię musieli dostawać chyba wyłącznie bezrolni.

Majątek na Goli liczący 104 morgi (58 ha) chyba nie podlegał parcelacji, ponieważ przed wojną dzielony był między czterech właścicieli, z których Jan Górkiewicz posiadał połowę, tj. 29 ha, a jego żona Wanda około 9 ha. Górkiewicz zginął w czasie wojny, więc Wanda Górkiewicz mogła mieć potem około 38 ha, a parcelacja obejmował majątki powyżej 50 ha użytków rolnych.

Różnimy się z panem Janem oceną byłych właścicieli majątku na Makowszczyźnie. Przyznam się znowu, że opinię o nich urobiłem sobie właśnie na podstawie lektury jego dwóch pierwszych książek, no i na ogólnych wiadomościach historycznych o sytuacji, jaka panowała w Kongresówce po stłumieniu powstania styczniowego.

Zaczęła się wówczas epoka rusyfikowania Polaków, a produktem końcowym miał być prawosławny i rosyjskojęzyczny „Kraj Przywiślański”, w którym matki będą nuciły swoim dzieciom kołysanki po rosyjsku. Napływało wówczas z Rosji tysiące urzędników, sędziów i nauczycieli, aby realizować ten nacjonalistyczny projekt. Jednym z nich był pochodzący z Kijowa Dymitr Antepowicz. W jego domu rodzinnym w Kijowie obowiązywał język rosyjski i chodzenie do cerkwi prawosławnej, której pozostał wierny aż do śmierci. Na początek został sędzią w Wieluniu, a potem awansował na sędziego okręgowego Guberni Piotrkowskiej, do której należał rejon łódzki, radomszczański i częstochowski. Chyba wtedy bywał rzadkim gościem w domu, więc Petronela mogła z dziećmi swobodnie rozmawiać po polsku. W. Patykiewicz napisał jeszcze, że został później naczelnikiem wieluńskiego powiatu.

 Był więc Dymitr Antepowicz prominentnym elementem zaborczego aparatu represyjnego przynajmniej do końca XIX stulecia, bo wtedy osiągnął wiek emerytalny. Nie wiemy, ilu Polaków skazano wtedy za działalność patriotyczną i polityczną w jego okręgu, a pamiętajmy, że w ostatnich dwudziestu latach XIX stulecia powstawały w Kongresówce nielegalne polskie partie polityczne, w których działali polscy patrioci i rodził się polski ruch robotniczy. Ilu z nich skazano z tego powodu na więzienia, zesłania na katorgę i na „Sybir”?
Oczywiście dzieci i wnuki nie mogą odpowiadać za czyny swych rodziców i dziadków - ani prawnie, ani moralnie, ale opinia publiczna nie bywa dla nich łaskawa.

Dymitr Antepowicz ożenił się z Petronelą Weryho-Darewską, córką Oktawii, właścicielki majątków w Wójcinie, Goli i Makowszczyźnie. On miał mieć wtedy 44 lata, ona – 25. Dzieci z tego związku rodziły się w kolejności: Eugenia –1879, Antoni -1881, Tadeusz –1888, Dymitr, który zmarł mając 22 lata (JMW 128). Nie wiemy jeszcze tego, czy ślub Dymitra i Petroneli odbył się w cerkwi prawosławnej - czy w kościele katolickim w Wójcinie? Sądzę, że głowa nowej rodziny musiała dbać o swój wizerunek lojalnego poddanego carskiego i patrioty rosyjskiego, aby zapewnić karierę sobie i swoim dzieciom, ale wątpliwości mogą wyjaśnić jedynie dokumenty metrykalne z Archiwum Państwowego w Kaliszu. Małżeństwo z Petronelą takiego  wizerunku mu nie psuło, ponieważ Darewscy wywodzili się z białoruskiej linii kniaziów Weryhów, a herb Wasylissa  należał do rosyjskiej heraldyki i na dodatek opatrzony był książęcą mitrą, co dobrze było widziane na dworze carskim. Ojciec panny młodej, kapitan rezerwy, nie miał widocznie na swym koncie antyrosyjskiej działalności. Poza tym jej posag, majątek ziemski, dostanie się przecież niebawem w ręce rosyjskie. Żaden zawistnik nie mógł więc zrobić donosu i zaszkodzić Dymitrowi.

Gorzej to wyglądało od strony panny młodej. Pochodziła z polskiej rodziny, żyła w polskim środowisku, toteż jej krok ze strony polskich patriotycznych środowisk  mógł zostać oceniony jako pójście na ugodę z zaborcą, a może nawet na coś w rodzaju kolaboracji. Czy Darewskich z tego tytułu mogła spotykać jakaś izolacja, ostracyzm czy bojkot towarzyski? Tego nie wiemy dzisiaj, ale jest to dość prawdopodobne. Polacy uświadomieni narodowo stronili od  wszelkich rusyfikatorów, zwłaszcza policji, sędziów i oficerów rosyjskich. Tymczasem Oktawia Darewska wybrała na miejsce swojego stałego pobytu właśnie Golę, gdzie znajdowały się koszary rosyjskie, a w niedalekim Chróścinie znajdował się pałac rosyjskiego generała Łopuchina, w którym kwitło lokalne życie towarzyskie, rosyjskie oczywiście. Dlaczego nie wybudowała sobie dworu na Makowszczyźnie, na Nowinach czy na Padołach, czyli jak najdalej od koszar, a bliżej Łubnic, aby uniknąć wszelkich podejrzeń? Może jednak tylko tutaj mogła kontaktować się z kimś ze swojej sfery, choćby to były nawet żony oficerów rosyjskich.

Kto wie, czy to nie to środowisko właśnie wyswatało jej córkę Petronelę za starszego od niej o 19 lat rosyjskiego sędziego w Wieluniu, Antepowicza Dymitra. Oktawia zmarła w 1898 roku, a jej rosyjski zięć zaraz po tym, ze względu na wiek, musiał przejść na emeryturę i wieść zwyczajne życie ziemianina. Taka sytuacja umożliwiała mu poluzowanie dyscypliny, której był dotąd całkowicie poddawany. Pozwalało to z biegiem upływu lat zapominać o jego przeszłości, tak jak później zapominano to generałowi Łopuchinowi. Poza tym dawny groźny sędzia był może coraz bardziej zramolały i zdany na łaskę swej polskiej żony, która zaczynała odgrywać w tym domu ważniejszą rolę niż to było dotąd.

Copyright © by Andrzej Głąb Wójcin 2009 - 2018.
Strona wykorzystuje pliki cockies do monitorowania i obsługi więcej