top_banner

Rozdział 9.

Czasy okupacji, wypędzeń i eksterminacji
(1939–1945).

str. 5

  Samochodami i furmankami mieszkańcy Wójcina i okolicznych wiosek zostali najpierw dowiezieni w okolice Wielunia, a potem koleją w wagonach towarowych i pod strażą – do Łodzi, gdzie przyszło im pobyć parę dni w opuszczanych halach fabrycznych, o głodzie, leżąc na barłogu. Podczas rewizji zabierano wypędzonym wszystko co stanowiło jakąkolwiek wartość: pieniądze, zegarki, pierścionki, biżuterię, co lepsze ubrania, a nawet żywność. Jednemu z mieszkańców Dzietrzkowic zabrano nawet trójkę dzieci i wywieziono do Rzeszy. Skąd u tych pozornie tak cywilizowanych Niemców tyle zachłanności, barbarzyństwa i skłonności do rabunku. W obozach koncentracyjnych ograbiano nawet nieboszczyków ze złotych zębów, włosów i płatów skóry, tłuszcz ludzki wykorzystywano do produkcji mydła, prochy ludzkie z krematoriów - do wyrabiania nawozów, które użyźniały pola niemieckie. To była specjalność ludzkich hien – eleganckich Niemców w mundurach SS z trupią czaszką, którzy mieli pochodzić z wybranej rasy „Nadludzi” stworzonej do panowania nad światem.
W obozie przejściowym w Łodzi, wypędzonym z okolic Wójcina – dawano po pół bochenka na osobę i kawę zbożową – a do kotła ustawiały się ogromne kolejki. Zacytuję znowu fragment z książki:

„Na zewnątrz, jakby się nic nie działo, tylko z głośników dochodziły wiwaty, okrzyki radości, entuzjazmu, i głośna muzyka. Gdzieś tam daleko, ktoś cieszył się z naszego nieszczęścia. To mogli być i byli wyłącznie Niemcy, starzy i młodzi” (JMD 43).

 Później rozwożono więzionych do różnych wsi, gdzie wypędzeni stawali się sublokatorami miejscowych rolników i odtąd sami musieli zatroszczyć się o swój los. Każda rodzina starała się zapracować chociaż na to, aby mieć jakąś kozę i prosiaka do własnej dyspozycji. W GG mogły istnieć nisko zorganizowane szkoły uczące w języku polskim, ale bez lekcji historii, geografii, literatury. Czasami wypędzano ludzi z pociągów po przekroczeniu granicy GG i kazano sobie szukać miejsca do zamieszkania na własną rękę. Niektórych z Łodzi kierowano do Warszawy, skąd transporty szły w głąb Rzeszy do niewolniczej pracy w miastach i na wsi. W Niemczech w czasie wojny, po zmobilizowaniu mężczyzn do wojska, odczuwano stale silny deficyt siły roboczej. Tak, jak Żydzi Gwiazdę Dawida, tak Polacy musieli nosić opaskę z literą  „P”. W Łubnicach pozostawiono 14 rodzin spośród 220, czyli około 6%, podobnie było i w innych wioskach, także w Wójcinie, gdzie również pozostawiono część osób do pracy na polach niemieckich osiedleńców. 

   Volksdeutsche z Wołynia wybierali sobie lepsze, murowane zabudowania i łączyli kilka dawnych gospodarstw, tworząc duże bauerskie gospodarstwa. Zaorywali miedze, likwidowali dawne ogrodzenia i burzyli zbyteczne dla nich zabudowania. Z przygranicznych miejscowości powiatu wieluńskiego – tylko Golę ominęły wypędzenia. Widocznie wielcy właściciele majątków po drugiej stronie Prosny zabezpieczyli ich dla siebie, woląc tych, których już znali od dawna, od przypadkowych ludzi przysyłanych z rozdzielnika Ministerstwa Gospodarki III Rzeszy. Wysiedlenia nie dotknęły też mieszkańców większości miejscowości znajdujących się bardziej na północ od Wójcina, ponieważ wysiedlenia nagle przerwano po najeździe Niemców na ZSRR w 1941 roku. Wtedy wojna na froncie wschodnim stała się sprawą priorytetową – a od jej wyniku zależała realizacja marzeń o Lebensraumie. Wypędzenia z Kraju Warty miały dostarczać doświadczeń organizacyjnych do zrealizowania w przyszłości akcji oczyszczania ze Słowian obszarów na zachód od Uralu.

 Na miejsce Polaków i Żydów do Warthegau napływały grupy Niemców ze wschodu, z terenów polskich zajętych przez ZSRR, ponieważ Stalin wyraził na to zgodę w porozumieniu z Hitlerem. Była to tzw. akcja „Heim ins Reich”.  Szczególnie było przykre to, że niektórzy z przybyszów – to często jeszcze niedawni obywatele państwa polskiego. Zgodnie z porozumieniem, jakie zawarł Hitler ze Stalinem – do Warthegau przybyło z krajów bałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia) – 60 tysięcy Niemców, dalsze grupy to Niemcy z Wołynia – ponad 50 tysięcy, z Galicji – ponad 50 tysięcy, z Białostocczyzny – prawie 10 tysięcy, przybywali także z Besarabii i Bukowiny (Goo). Niemców tych określano jako Volksdeutschów drugiej kategorii, czyli tzw. Deutschstämmige, byli to ci, którzy przyznawali się do narodowości niemieckiej, posługiwali się na co dzień językiem niemieckim, kultywowali kulturę niemiecką.

W okolicach Łubnic osiedlano tzw. Wołynien Deutsche z okolic Łucka. Z terenów III Rzeszy przybywali im z pomocą rodowici Niemcy, którzy tworzyli gospodarstwa przykładowe i mieszkali na plebaniach w Dzietrzkowicach, Łubnicach i w Wójcinie. Nazywano ich Ortsbauerführerami. Ich zadaniem było uczenie „chaziajów” wołyńskich, jak mają uprawiać ziemię, korzystać z maszyn i nawozów. Pół roku wcześniej poznaniacy przybyłych ze wschodu „folksdojczów” nazwali „chaziajami”, od ruskiego wyrazu chozjain (gospodarz) i tak już pozostało. Należy zaznaczyć, że nie byli to jacyś zwyczajni przesiedleńcy. Przed osadzeniem ich na nowym miejscu poddawani byli w ośrodkach SS intensywnej indoktrynacji w duchu nazistowskim. Ich stosunek do ludności polskiej, pozostałej jeszcze na miejscu, był zgodny z narodowosocjalistycznym światopoglądem – wrogi, pogardliwy i brutalny. Wzbudzali nienawiść Polaków.  Historia Wójcina w okresie czerwiec 1940 – styczeń 1945 – to z jednej strony dzieje jej rdzennych mieszkańców wypędzonych i znajdujących się „w diasporze" z woli okupanta – a z drugiej strony – to dzieje „folksdojczów” sprowadzonych ze wschodu i tych nielicznych, prawdziwych wójcinian, którzy zostali zatrzymani na miejscu dla obsługi tych chaziajskich „nadludzi”. Niestety, dzieje diaspory wójcińskiej skazanej na rolę niewolniczej siły III Rzeszy nie zostały przez nikogo spisane.

Józef Biedal

 5. J. Biedal, pierwszy partyzant w powiecie wieluńskim (w.pl)

 Z uwagi na wypędzenia ludności polskiej trudno jest mówić o rozwiniętym ruchu partyzanckim w Kraju Warty, ale mimo trudnych warunków daje się go także i tutaj zaobserwować. W Wieluńskiem pierwszym partyzantem został podchorąży Józef Biedal – syn chłopa z Dzietrzkowic, jak to sam zawsze z dumą starał się podkreślać. Do Dzietrzkowic wrócił z wojny na koniu, w mundurze i uzbrojeniu. Był on żołnierzem zawodowym w stopniu sierżanta podchorążego. Służył w 27 pułku piechoty w Częstochowie, w tym samym co Józef Ziemski, kierownik szkoły z Wójcina. Różnie potoczyły się jednak ich wojenne losy, ale obydwóch spotkał tragiczny koniec. Ziemski zamordowany został przez Rosjan w Katyniu, a Biedal – przez Polaków w 1945 roku, tuż po wojnie.

W oparciu o zaufanych ludzi, znanych mu ze wcześniejszej działalności niepodległościowej, Biedal założył już jesienią 1939 roku w Wieluniu organizację pod nazwą Tajna Organizacja Wojskowa (TOW). Komendantem miejskim został były członek POW i uczestnik wojny bolszewickiej, Józef Kubalczyk, a Biedal – komendantem terenowym. Była to jedyna w tym czasie organizacja konspiracyjna w Wieluńskiem. W okupowanej Polsce w końcu 1939 roku istniało ponad 100 takich organizacji i dlatego powstał pomysł scalenia ich w jedną, ogólnopolską organizację, podlegającą wojskowo i politycznie rządowi przebywającemu wtedy na emigracji oraz jego krajowym przedstawicielstwom. Tak doszło do powstania Związku Walki Zbrojnej w listopadzie 1939 roku. Komendantem okręgu łódzkiego ZWZ został pułkownik Leopold Okulicki, późniejszy głośny dowódca AK, a powiatowym – porucznik Mieczysław Woronowicz, który spotkał się z Biedalem i wcielono wtedy jego TOW do ZWZ. Biedal awansowany na podporucznika – został zastępcą komendanta obwodu. W maju 1940 roku obwód ZWZ Wieluń liczył 720 osób. Zajęto się wówczas też organizacją wywiadu na Śląsk Opolski, co zlecono Biedalowi. Na terenie gminy Dzietrzkowice konspiracja działała od lutego 1941 (JMD 73). Komendę gminną dzierżył Antoni Glapa wraz z Antonim Hadrysiem. Kiedy z ZWZ wydzielono Związek Odwetu do spraw walki sabotażowej i dywersji – to powierzono funkcję szefa obwodu wieluńskiego Biedalowi, co miał łączyć z funkcją zastępcy komendanta obwodu ZWZ, ze względu na znajomość terenu i ludzi. Kiedy jednak jeszcze dołożono mu stanowisko na teren Śląska Opolskiego, to odwołał się od tej decyzji. Miał też konflikt z nowym komendantem okręgu, który nastał po Okulickim. Konflikt dotyczył oblicza przyszłej Polski, bo Biedal uważał, że obecny komendant jest za Polską narodowców i endeków, i nie reprezentuje woli narodu. Zaczął tworzyć osobną frakcję, przeciągając na swą stronę komendy gmin darzących go zaufaniem. A wtedy, kiedy miała miejsce nowa akcja scaleniowa i powstawała Armia Krajowa w miejsce ZWZ (luty 1942 rok) – Biedal najpierw doprowadził do przemianowania tutejszej AK na Bataliony Chłopskie (JMD 73), a potem zaczął tworzyć oddzielną konspirację pod nazwą Związek Walki Podziemnej (ZWP).

Konspiracja łubnicka nie występowała zbrojnie lecz w innych formach, m.in. wystawiano lewe dokumenty osobom zagrożonym, ponieważ Antoni Glapa jako tłumacz gminny miał dostęp do ostemplowanych druków in blanco, które dostarczał dowództwu. Konspiracja łubnicka kolportowała konspiracyjne pisemka, w których były informacje krytyczne wobec rządu londyńskiego, a czasem nawet przychylne ZSRR (JMD 46). Mimo, że próbowano Biedala przyciągać do AK (otrzymał w marcu Krzyż Walecznych), mimo że próbował go jeszcze nakłaniać ks. J. Pruchnicki z Mokrska, kapelan AK, Biedal pozostał nieugięty i wolał iść własną drogą. Napisałem tyle o Józefie Biedalu, ponieważ nie znalazłem wystarczających informacji o żadnej innej organizacji podziemnej na terenie gminy, lecz tylko o takich, które związane były właśnie z Józefem Biedalem. Tylko w związku z jego osobą są wzmianki o Związku Walki Zbrojnej, Armii Krajowej i Batalionach Chłopskich na terenie gminy,
a wiadomo, że Biedal wstępował do tych organizacji ze swoimi ludźmi i występował, a za nim szli wierni mu zwolennicy. Istnienie organizacji podziemnej w takich wioskach jak Wójcin, Łubnice i Dzietrzkowice – to było igranie ze śmiercią, ponieważ ludność polska została wysiedlona jeszcze w czerwcu 1940 roku, a wsie były zasiedlone przez nadgorliwych „folksdojczów”, którzy zwracali baczną uwagę na swoich nielicznych „poddanych” zatrzymanych na miejscu. J. Maślanka nie wymienił wprawdzie z imienia czy nazwiska ani jednego mieszkańca Wójcina jako konspiratora, ale w dwóch miejscach stwierdza:

  „W 1944 r. Biedal miał kryjówki w Wójcinie, Radostowie, Brzozówce i Mieleszynie. Organizacji, którą dowodził nadawał kierunek coraz bardziej lewicowy” (JMŁ 110);

„Ostatni kontakt z AK miał miejsce w lipcu 1944 r., kiedy zwrócił się z propozycją współdziałania ZWP z AK w przypadku akcji powstańczej, prosząc o dozbrojenie dla jego 2 plutonów.  Przebywał wtedy w rejonie Wójcina, Mieleszyna i Radostowa, gdzie miał kilka schronów, w których powielano prasę” (JMD 46).

 

Copyright © by Andrzej Głąb Wójcin 2009 - 2017.
Strona wykorzystuje pliki cockies do monitorowania i obsługi więcej